Cisza śmierci



Rudziki uwiły gniazdo w okapie garażu, dwa metry nad ziemią. Miejsce wydawało się dobrze wybrane. Samica złożyła jajka i cierpliwie wysiedziała trzy pisklaki. Głośno było wokół domu od gadatliwości obojga rodziców, którzy nieustannie się nawoływali. Miło się robiło na sercu od obserwacji tej troskliwości i czułości.

 

Z niepokojem patrzyłem na reakcję swoich pięciu kotów. Dopóki w gnieździe było cicho, ci zabójcy ignorowali ptasie domostwo. Ale pisklaki podrastały i grasowały już po drewnianej belce. Koty wzmogły patrole i obserwację. Nie mogły się dostać od góry, bo ślizgały się po blasze. W ten dzień tragedii miałem przybić dodatkową deskę od dołu, ale zwlekałem z tym do wieczora, by nie spłoszyć piskląt.

 

W środku dnia było po wszystkim. Któryś z tych pięciu psychopatów wspiął się po słupie, mordując wszystkie pisklęta i broniącą je matkę. Wokół domu zapanowała ta nieznośna cisza śmierci. Nie ma już tej cudownej ptasiej krzątaniny, ćwierków, tykań, gwizdów. Tylko wyrzuty sumienia pozostały. Oto przygarnęło się biedne kotki... Współodpowiedzialność za śmierć pięknych stworzeń.

 

Powrót

                                                                                                                                                  R