Drugie życie starego Anzelma
Stary człowiek mieszkał na skraju wsi. Pomieszkiwał tam, nie szkodząc i nie naprzykrzając się nikomu i niczemu. Towarzyszyło mu zapomnienie i samotność. Rzeczywistość galopowała jak oszalały tabun dzikich koni. Nie mógł stary człowiek za nią nadążać. Przeszłość tonęła w odmętach niepamięci. Nie mógł stary człowiek z niej czerpać. Na początku tego dziwnego chaosu, który uczynił się w nim i wokół, czuł się zagubiony. Nie panował już nad swym starym domem. Dach przeciekał, podłogi pokryły się pleśnią, tynk odłupywał się płatami jak kora brzozy. Dzikie zwierzęta wprowadziły się do domu starego człowieka. Kuna toczyła korytarze na strychu, rodzina jeży osiedliła się pod zmurszałym gankiem, para sów gniazdowała w wykuszu na szczycie dachu. O ile postrzeganie harmonii ludzkiego trwania degenerowało się u starego człowieka, to otaczający świat, który wziął sprawy we władanie, przeczył temu. Rodził się nowy porządek świata starego człowieka.
Na początku postrzegał te zmiany, odczuwając lęk i przerażenie. Wydawało mu się, że całe jego życie znika z dnia na dzień w otchłani. Ale im bardziej narastała destrukcja jego przeszłości i wyłaniała się nowa konstrukcja jego istnienia, tym bardziej mu się to podobało. I w końcu zaufał tej sile. Drzewa wyrastały przy ścianach chałupy, przez rozbitą szybę wpełznął do kuchni bluszcz. Pająki zdobyły kąty srebrnymi gwiazdami. Zaskroniec wił się pod szafą, gdzie z lubością gniazdował w suchych trocinach. Stary człowiek zauważył, że nie trzeba walczyć z życiem, można mu się poddać, jak patyk poddaje się nurtowi wezbranej rzeki. I to też jest istnienie. Stał się częścią tej entropii, która obracała w pył jego istnienie, a formowała coś zupełnie innego, ale cały czas z jego udziałem. Stary człowiek posiadł drugie życie, które nazywało się inaczej, nazywało się śmierć.
R