Józefa porażka rodzicielska



Józef był cieślą – strugał zydle, stoły, półki i ławki. Gdyby trzeba było, to i Pinokia by wystrugał, ale miał już swojego magika-synowca, który pojawił się w łonie jego ukochanej żony Maryi w dość dziwnych okolicznościach.

 

Józef przebywał ongiś w delegacji służbowej w Cezarei. Kiedy powrócił, ujrzał swą połowicę wybrzuchaconą. Każdy mężczyzna, jeśli chodzi o kobiety, jest naiwny do szpiku kości. Matematyka mówiła Józefowi coś innego w sprawie tego poczęcia, bo jego robota eksportowa trwała trzynaście miesięcy, a serce co innego – bo marzył o posiadaniu dziecięcia. Maryja, jak to baba, nawinęła sto kilometrów przędzy dziwnych zdarzeń: że to światłość, gołąb, niebiosa i kilka innych prawd objawionych, które lęgną się w kobiecych umysłach jak króliki. I Józef cieszył się już ufnie i bezgranicznie z rozwoju zdarzeń.

 

Mały kaszojad – a raczej mannojad – rósł i rozrabiał. Józef przysposabiał go do zawodu, ale dzieciak nie palił się do roboty. Ciągle miał coś do powiedzenia, a jeśli coś strugał, to tylko takie dwie dechy na krzyż. Józef wściekał się, że materiał marnuje. Pożalił się kiedyś swojemu kuzynowi Abramowi tymi oto słowy:

 

- Dzieci nasze, Abramie, są kochane, ale często widać to już na początku drogi, że żeby nie robić konkretnej roboty, to w artyzm albo, jeszcze gorzej, w religię spieprzają. Aj waj, Abramie, ciemno to widzę! Z tego udręka tylko będzie i męka.

 

Abram był mądrym, starym Żydem. Wskazał na Golgotę, gdzie Rzymianie złoczyńców właśnie krzyżowali i przybijali im dłonie ćwiekami do drzewca:

 

- Józefie, nie zamartwiaj swojej głowy. Przecież tak jak ci nieszczęśnicy twój syn na pewno nie skończy.

 

Powrót

                                                                                                                                                  R