Koza musi umrzeć
Stara kobieta przechadzała się z kozą o imieniu Kasia po wiosennej łące. Koza też była stara. Wzajemna więź kobiety i kozy też była stara, taka, która powoduje zrozumienie bez słów. Zwierzę podgryzało młode kępki traw i co rusz spoglądało ufnie na swego człowieka. Człowiek odwzajemniał tę łagodność, spoglądając w czarne kreski kozich źrenic. Stara, drewniana chałupa tonęła pośród młodości, kwitnienia wiosny. To był ostatni spacer starej kobiety ze swym starym zwierzęciem. Dzisiaj przyjedzie syn uporządkować spadkowe sprawy. Ta cudowna łagodność pasienia kozy na łące wydawała się dla starej kobiety szczęściem nieskończonym, codziennym rytuałem, rytuałem odnawiającym istnienie.
Wieczorem świat przyspieszył. Koza posapywała przez sen w małej stajence. Syn, który przybył w pośpiechu, pakował skromny dobytek matki, zabierał ją do siebie, gdzieś, gdzie żył ze swoją rodziną. O świcie mieli wyruszyć. Matka zapytała:
– A Kasię trzeba wziąć?
Syn odpowiedział:
– Wezmę.
Świt narodził się szybciej, niż stara matka by tego pragnęła. Zapakował ją syn do pojazdu, wyjechał przed chałupę, zatrzymał się, mówiąc:
– Zaraz wrócę.
Wszedł do stajenki, wyprowadził kozę i ruszył do sąsiada. Ten czekał za płotem, przejął postronek. Syn na pożegnanie powiedział jedno słowo:
– Zarżnij.
R