Olimpiada polska
Ludzie, mówię wam, żadne tam seksy, dragi czy alkohole nie dostarczą waszym mózgom takich doznań, jak olimpiada polska. Wiem, co mówię, bo każdego dziesiątego oglądałem najbardziej dynamiczną dyscyplinę rozgrywaną na placu Piłsudskiego. Emocje sięgały zenitu. Co rusz krzyczałem do żony, która coś tam tworzyła w kuchni:
- O kurwa, chodź zobacz! Suski przejął wieniec, okrążył schodopomnik, ale drużyna opozycji go zablokowała! Ja pierdolę, spójrz, Macierewicz z Kaczyńskim przypuścili atak frontalny, ale babcia Kasia ich ograła! Ja jebię, jaka zawodniczka! PiS napiera z dużym drewnianym krzyżem!
- A to tak można? – pyta naiwnie żona.
- Reguły są proste w tej dyscyplinie: kto komu lepiej dopierdoli – tłumaczę nieskomplikowane zasady.
Kurski ze zdziwioną miną utknął w bloku opozycji. Ktoś z zawodników krzyczy: „Stop, Kaczorowi spadły buty!”. Sędziowie w niebieskich koszulkach coś tam mediują, odbierają Suskiemu kombinerki. Podobno to niedozwolone.
Kurwa, ale emocje! Nie spodziewałem się, że tak się wciągnę w tę dyscyplinę. Wydaje mi się, że poznałem, kto wieniec chwycił i wleciał po tych czarnych schodach, i zaliczył przyłożenie na szczycie. Ale nie, spadł z połowy rozbiegu. Co tam ta francuska olimpiada, chyba nikt tego nie ogląda. Nasza polska wygrywa, kibicuję zawzięcie.
Na następny mecz mam już u Peli koszulkę haftowaną obstalowaną, z moim idolem Suskim kombinerkowym – pomocnik z lewej strony. Żona się wyłamała i z samym liderem będzie się obnosiła, z nieco patetycznym napisem: „Bóg, Honor, wieniec, Komosa spierdalaj”. Ale widowisko sportowe, ale podniecenie! Z całym sercem popieram ideę olimpizmu polskiego wokół czarnych schodów. Takie trochę pomieszanie quidditcha i tańca chochoła.
R